Znaczy my, kibice, tracimy przytomność z zachwytu, rywale Manchesteru City padają od zawrotów głowy. Kogo bowiem dorwą piłkarze City, ten czuje się jak w lunaparku, ma mniej więcej tyle inicjatywy co na karuzeli – musi czekać, aż przestanie nim kręcić. Z ich plątaniny podań tkanej w ponaddźwiękowym natchnieniu nie sposób się wyswobodzić, zapytajcie zresztą nieszczęśników ze Stoke, potarganych bodaj najdotkliwiej, potraktowanych siedmioma golami, które poprzedziły akcje zmierzające ku temu, by piłkę nie kopnąć, lecz wturlać do bramki, najlepiej trąceniem jej z kilku centymetrów. Znęcanie się ze szczególnym okrucieństwem.

W Anglii nikt już nie pyta, kto zdobędzie mistrzostwo, ewentualne wątpliwości wyparła debata, czy Manchester City zawładnie ligą w stylu pozwalającym pasować go na drużynę wszech czasów. Właśnie ustanawia bezprecedensowo długą passę kolejnych wygranych, bijąc rekord należący do Arsenalu; w tabeli z lidera spotężniał na wszechlidera niegubiącego punktów właściwie nigdy, choć rywalizuje w rozgrywkach najbogatszych, w których wszystkich stać na wszystko; pastwił się nad każdym potentatem, i to pastwił albo wielobramkowo (od 5:0 z Liverpoolem po 4:1 z Tottenhamem), albo pozostawiając wrażenie, że zasłużył na jeszcze więcej (od wyjazdowego 1:0 z Chelsea po wyjazdowe 2:1 w derbach Manchesteru z United). Tornado.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej