Najbardziej egzotyczna grupa, w jaką reprezentacja Polski wpadła kiedykolwiek na turnieju piłkarskim. O ile przeciętny kibic rozpoznaje kolumbijskie gwiazdy europejskich klubów – od Jamesa Rodrigueza z Bayernu, przez Juana Cuadrado z Juventusu, po Radamela Falcao z Monaco – o tyle z Senegalu i Japonii trudno mu wyłowić choćby pojedyncze znajome sylwetki. Nawet ci, którzy regularnie oglądają Napoli, niekoniecznie zdają sobie sprawę, skąd pochodzi tamtejszy lider defensywy, zwalisty Kalidou Koulibaly.

A pochodzi z Senegalu, to on naskoczy na Roberta Lewandowskiego w meczu inaugurującym mundial dla Polaków. Czołowy obrońca ligi włoskiej. Zwracający uwagę i posturą, i elegancją w grze. Przy całym szacunku dla Kamila Glika i Michała Pazdana – my takim wyczynowcem na środku defensywy nie dysponujemy.

To podstawowa kalka myślowa, którą odruchowo nakładamy na drużyny z Afryki Subsaharyskiej, by pokryć swoją niewiedzę. Wielkie, umięśnione chłopy. Ale Senegalczycy stereotypy potwierdzają, wystarczy spojrzeć na ich gabaryty. A nawet jeśli ktoś ustępuje kolegom wzrostem, to jest np. piekielnie szybki – jak Sadio Mané, rozdryblowany skrzydłowy Liverpoolu. Łukasz Piszczek nagania się za nim do upadłego. Zanosi się na wyniszczającą fizycznie batalię.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej