Osiem tysięcy dzieci wzięło udział w trzeciej edycji organizowanej przez Artura Siódmiaka Największej Lekcji WF-u.

Świetna akcja. Artur zaprosił sławnych byłych sportowców, którzy odpowiadali na najróżniejsze pytania, pokazywali ćwiczenia i zachęcali do uprawiania sportu. Dzieciaki wychodziły z kilkugodzinnych zajęć na Torwarze zmęczone i uśmiechnięte. No i miały się czym pochwalić przed kolegami. Jestem pewna, że kolejne edycje – najbliższa planowana jest na stadionie piłkarskim – przyciągną jeszcze więcej młodych ludzi. Może i WF wróci do łask.

Jedna z największych zagadek mojego dzieciństwa brzmiała: dlaczego część dzieci tak panicznie boi się WF-u? Dni, w których mieliśmy łączone dwie godziny, były dla nich katorgą. A dla mnie były fajniejsze od weekendów. Często wracałam do domu z krwawiącymi kolanami, guzami, rozdartymi spodniami. Przyjemność wymaga ofiar. Rodzice reagowali na to pobłażliwymi uśmiechami. A ja rzucałam plecak i przedłużałam na polu lekcje WF-u do wieczora. Gdy tylko pracy w gospodarstwie nie było i nie wpadła mi jakaś niechciana czwórka do dziennika, to mogłam się sportowo szlajać, ile chciałam. Tak, czwórka. Za czwórkę dostawałam w domu solidny ochrzan – i to bez względu na oceniany przedmiot. Najwięcej miałam ich z nieszczęsnej plastyki i techniki. Tego wyuczyć się nie dało.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej