– Dziękuję wam, wojownicy, za tę rozkosz – napisał na Twitterze prezydent Pedro Pablo Kuczynski. On jeszcze przed rewanżowym barażem ogłosił, że jeśli piłkarze nie zawiodą, to następny dzień będzie wolnym. Obowiązkowo i w sektorze publicznym, i w prywatnym.

Kiedy Peruwiańczycy rozgrywali ostatni mecz mundialu – ulegli Polakom 1:5 – nikt z obecnej kadry nie zdążył się jeszcze urodzić. Dlatego cały naród się zawziął, żeby dopaść rywali żywych lub martwych.

Rafał Stec: Inny kształt globusa, czyli mapa mundialu

Nowozelandczycy dotarli do Limy z trzygodzinnym opóźnieniem, ponoć zmuszeni przez gospodarzy do międzylądowania w Chile. Nocą pod ich hotelem, „na powitanie”, eksplodowały fajerwerki. O świcie nad głowami przelatywały – możliwie nisko – wojskowe myśliwce, które hałasowały także w trakcie treningów. Zajęcia zakłócały tłumy kibiców, Peruwiańczycy mieli też spowalniać wszelkie przejazdy autokarem. A podczas meczów oślepiali rywali zielonym światłem lasera (ze szczególnym uwzględnieniem bramkarza Stefana Marinovica). – Biorąc pod uwagę wszystkie przeszkody, jakie przed nami postawiono, nie mieliśmy tu prawa wygrać. Zrobili wszystko, co tylko mogli. Powinniśmy byli zamieszkać obok hotelu ich drużyny, tylko to by pomogło – wzdychał trener Anthony Hudson komplementowany za taktyczny majstersztyk po remisie 0:0 u siebie.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej