Komentatorzy rozpaczają, że nadciąga apokalipsa. Bo też tylko sędziwi kibice pamiętają mundial bez Włochów. Zdarzył się w 1958 roku, gdy rozbłysła gwiazda nastoletniego Pelego. Dlatego trener Giampiero Ventura mówił przed barażem ze Szwedami, że „w ogóle nie bierze pod uwagę scenariusza, w którym nie awansują” na przyszłoroczny turniej w Rosji.

W piątkowy wieczór nie pozował już na pewnego siebie. Rozjuszony oskarżał tureckiego sędziego Cuneyta Cakira, że ten sprzyjał gospodarzom, pozwalając im na brutalną grę. Ba, załamany włoski selekcjoner otwarcie wyraził nadzieję, że w poniedziałek na mediolańskim San Siro to jego drużyna zostanie uprzywilejowana.

Dowody na haniebną postawę Szwedów przedstawiał Leonardo Bonucci, który oznajmił, że już po 30 sekundach gry miał złamany nos. Nie pojmował, dlaczego sprawca napaści Ola Toivonen nie wyleciał z boiska. I wykorzystał mikrofony, by zaapelować do piłkarzy: „W poniedziałek każdy z nas musi rozegrać mecz swojego życia”.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej