Na pewno nie zapomni tego wieczoru jedynie rozemocjonowany, rozgrywający ostatni mecz dla kraju Artur Boruc. Kiedy schodził z boiska, tłum żegnał go owacją na stojąco, a do szatni bramkarz wracał przez szpaler przybijających mu piątki piłkarzy, trenerów, ludzi PZPN. Wcześniej mógł kontemplować swoje święto, bo właściwie nie musiał interweniować. Wyłapał piłkę raz, po niegroźnym strzale.

Sparing z Urugwajem należał bowiem do najbardziej popularnego gatunku wśród meczów towarzyskich. Był meczem do zapomnienia, na boisku było długimi minutami bezwydarzeniowo.

Tak polscy piłkarze odkrywali Amerykę. Ląd im nieznany, ponieważ podczas trwającej już cztery kadencji Adama Nawałki nigdy nie wychynęli poza Europę – przynajmniej według geografii futbolowej, wyznaczanej przez listę członków UEFA, która na naszym kontynencie umieszcza także Armenię czy Azerbejdżan. Teraz chcieli zetknąć się z innym stylem gry, mentalnością, typem boiskowych zachowań.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej