Na pewno nie zapomni tego wieczoru jedynie rozemocjonowany, rozgrywający ostatni mecz dla kraju Artur Boruc. Kiedy schodził z boiska, tłum żegnał go owacją na stojąco, a do szatni bramkarz wracał przez szpaler przybijających mu piątki piłkarzy, trenerów, ludzi PZPN. Wcześniej mógł kontemplować swoje święto, bo właściwie nie musiał interweniować. Wyłapał piłkę raz, po niegroźnym strzale.

Sparing z Urugwajem należał bowiem do najbardziej popularnego gatunku wśród meczów towarzyskich.

Pozostało 81% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej