Gdyby zapytać sportowców zawodowych, co jest najtrudniejsze w ich życiu, jestem pewna, że zdecydowana większość odpowiedziałaby: wyjazdy. Wiem, że ludziom, którzy wciąż budzą się w swoim łóżku, trudno zrozumieć, jak można narzekać na życie w hotelach. Mimo że mam w tym hotelowym pokoju codziennie przez kogoś wysprzątane, że podają mi trzy posiłki dziennie, że praktycznie nic prócz treningów, regeneracji i prania nie muszę, to wielokrotnie zdarzało mi się w środku nocy wpaść w panikę. Bo nie mogłam sobie przypomnieć, gdzie jestem. Swoją poduszkę od lat wożę ze sobą. Taka durna namiastka domu.

Nie, to nie jest narzekanie. Dzielę się po prostu codziennymi problemami sportowca. Warunki w hotelach są zazwyczaj dobre. Chcąc biegać na nartach na najwyższym poziomie, nie mam wyjścia. Wyjeżdżam więc z poczuciem, że robię dobrze. Ponad trzysta dni w roku przez ostatnie osiemnaście lat. Można powiedzieć, że jako włóczykij sportowy osiągnęłam pełnoletność.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej