Odbyłem małe tournée w Kraju Saary jako polski pisarz antypolski. Wykazywałem daleko idącą postawę niepatriotyczną, przedkładając na przykład szczep rieslinga nad królewski szczep piastowy, a także odpowiadałem na pytania zatroskanych Niemców o to, czy lud pisowski i antypisowski coś jeszcze w ogóle może pojednać.

Odpowiadałem intuicyjnie, że i owszem: uwielbienie dla Roberta Lewandowskiego. Chciałem w galopie dodać, że to uczucie jedna również Polaków z Niemcami, alem się rychło ugryzł w język, bo Robert jest wszakże gwiazdą Bayernu, a Bayernu poza Bawarią raczej nikt nie kocha.

Świeżo zaprzyjaźniony Saarlandczyk badawczo puścił mi w samochodzie przebój grupy Die Toten Hosen („Martwe spodnie”, czyli, jeśli ktoś woli dosadniej: „Impotenci”) poświęcony szkalowaniu monachijskiego klubu. Piosenka rozsławiła śpiewających Impotentów we wszystkich landach i stała się hitem stadionów (zwłaszcza w Gelsenkirchen, ośrodku najnamiętniejszej nienawiści do Bayernu, gdzie jest wykonywana przez kibiców przed każdym meczem na prawach hymnu). Opowiada pokrótce o młodym i zdolnym piłkarzu, którego jedynym życiowym pewnikiem jest to, że za żadne skarby nie przystąpi do tej scheissverein (tu sobie tłumaczenie z grzeczności odpuszczę).

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej