Anglicy właśnie patrzyli, jak pewien młodzieniec – ich krew i kość – sunie po tytuł króla strzelców mundialu do lat 17. W ćwierćfinale Rhian Brewster wbił trzy gole USA, w półfinale przyłożył trzema Brazylii, w sobotnim finale zadał cios Hiszpanii. Seria niezwykła, wśród seniorów na podobne wyczyny porywał się ostatnio jeden Cristiano Ronaldo szpanujący wielobramkowymi piruetami w rozstrzygających fazach Ligi Mistrzów. Na tym samym turnieju Anglicy podziwiali też niejakiego Phila Fodena, który obmacuje stopą piłkę z taką subtelnością, jakby lepili mu ją w słynnej barcelońskiej akademii La Masia, a nie na wyspie znanej z tego, że nawet jeśli zdarzają jej się zawodnicy znakomici, to raczej nie wirtuozi. Generalnie ta reprezentacja wcale nie zdumiewała tym, że zwyciężała – w finale z 0:2 doprowadziła do 5:2, biletów na mecz w Kalkucie pożądało milion Hindusów! – lecz dzięki stylowi, w jakim pruła do celu. W trakcie półfinału też zbaraniałem, boiskową czasoprzestrzeń powykręcało wówczas w surrealistyczne kształty, mianowicie to nie młodzi Brazylijczycy dryblowali, lecz młodzi Anglicy, Anglicy zwyczajnie Brazylijczyków przedrzeźniali, urządzając sobie tańce z piłką w bezczelnie kanarkowych konfiguracjach. Wariactwo.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej