Wygrany mecz oczywiście nas nie zbawi ani nie uleczy, ale pozwala odetchnąć. Polityczną deklaracją stało się już wszystko – film, którym wzruszasz się w kinie; kabaret, na którym chichoczesz; nawet woda mineralna, którą pijesz, gdy producent sponsoruje propagowanie poglądów wywołujących twój gniew lub aplauz.

Dlatego orzeźwiająco działa mundial. Wyrwany z kontekstu miesiąc czystej frajdy, wielobarwny zlot kilkudziesięciu nacji ze wszystkich kontynentów, kibicowanie abstrakcyjnemu celowi wkopania piłki do bramki przeciwnika. Nie przeżyliśmy tego od 12 lat, a dzisiaj możemy czuć się trochę jak krętacze, jak ledwie posługujący się konsolą gracz komputerowy, który oszukuje dzięki kodom zapewniającym mu nieśmiertelność. Przecież futbol mamy generalnie chory, nasze kluby klękają przed patałachami z Kazachstanu czy Mołdawii, niedotrenowani ligowcy kopią się w czoła, a po porażkach dostają w twarz od osiłków czekających na stadionowym parkingu.

Pozostało 81% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej