Nic już nie będzie takie samo. Najprzyjemniejszą zaletą reprezentacji Adama Nawałki była dotąd jej przeraźliwie nudna przewidywalność – piłkarze wprawdzie nigdy nie dawali popisów wirtuozerskich, ale też nigdy nie dali ciała, zawsze mogliśmy liczyć na solidne wykonywanie przez nich obowiązków, poruszali się tylko wewnątrz wytyczonych przez selekcjonera granic, nie tracili równowagi nawet wtedy, gdy rzucali się na nich mistrzowie świata albo mistrzowie Europy. Porażka zdarzała się raz na rok, i to zazwyczaj sparingowa; w trójmeczu z Niemcami osiągnęli idealny remis, wygrywając u siebie 2:0, przegrywając w ładnym stylu 1:3 na wyjeździe, mając przewagę w 0:0 uzyskanym na neutralnym terenie; wieloletnią konsekwencję wynagrodził im odlot do czołówki rankingu FIFA, którego nie kształtują przyznawane arbitralnie noty za wrażenia artystyczne, jak zdają się sugerować szydercy, lecz twarde fakty, czyli wyniki kilkudziesięciu meczów każdej drużyny. Aż przydzwoniła naszym Dania.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej