Kiedy latem 1998 r. starałem się o pracę w „Wyborczej”, podczas rozmowy kwalifikacyjnej ówczesny szef działu sportowego Andrzej Olejniczak i mój późniejszy redakcyjny sąsiad Michał Pol zapytali – znając obydwie moje szajby – czy niżej upadła polska piłka nożna, czy polskie kino. Ogłosiłem smętny remis, uzasadniając werdykt obojętnym stosunkiem do nadwiślańskiego zaścianka Europejczyków, którzy naszych ligowców nie wpuszczali do wiosennych rund rozgrywek pucharowych, a naszych filmowców nie zapraszali do Cannes, Wenecji czy Berlina.

My, kibice i kinofile, przeżywaliśmy wtedy czas upiorny. Piłkarze reprezentacji Polski przez całą dekadę nie doczołgali się do żadnych mistrzostw, latem 1998 r. łapy na drużynie trzymał trener Janusz flaszka Wójcik, na rozlatujących się stadionach grasowali regularni kryminaliści, którzy lali po mordach (dzisiaj chuligani poprzestają jednak zazwyczaj na przemocy estetycznej i werbalnej). Kino też rzęziło i artystycznie, i organizacyjnie. Nie istniał PISF, filmów powstawało ledwie kilkanaście rocznie, przeważały tak nieprawdopodobne gnioty, że kiedy podczas festiwalu w Gdyni na ekranie miało być, wedle intencji reżysera, metafizycznie, widownia – przecież wyrobiona – ryczała ze śmiechu. Byłem, słyszałem, rechotałem. Zdarzyło się nawet, że zrozpaczone poziomem konkursu jury nie przyznało Złotych Lwów. By nie promować bylejakości.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej