Gdy oglądaliśmy ostatnie El Clásico, chyba wszystkim huczało w głowie nieuniknione pytanie: „Jak to możliwe, że Real Madryt osiągnął tak przytłaczającą przewagę nad Barceloną?”.  A ja równocześnie wspominałem, że ledwie parę chwil temu, w trakcie El Clásico z jesieni 2010 r., zdawało mi się niemożliwe, że „Barcelona osiągnęła tak przytłaczającą przewagę nad Realem”.

Ani teraz, ani wówczas nie majaczyliśmy odurzeni pojedynczym meczem, lecz analizowaliśmy sytuację z lotu ptaka. Jakimi zasobami kadrowymi dysponują obie drużyny; ile lat mają kluczowi gracze; kto prowadzi sensowniejszą politykę personalną; kto zręczniej działa na rynku transferowym; czyja koncepcja jest spójniejsza, bliższa długofalowej strategii niż reagowaniu doraźnemu, na wyrwane z kontekstu pojedyncze problemy. Barcelona zwyciężała wtedy akurat w ligowym El Clásico 5:0 (po wcześniejszych triumfach 2:0, 1:0, 6:2 i 2:0, ależ to była passa!), wyznaczała trendy w stylu gry, tiki-taką zniewalała nawet niezwiązanych z nią emocjonalnie kibiców, przymierzała się do kolejnego skoku na Puchar Europy, świat zastanawiał się, czy odkryła kamień filozoficzny futbolu. A ówczesny Real? Wszystko wprost przeciwnie – od sześciu edycji nie doczołgał się do ćwierćfinału Ligi Mistrzów, nie lansował wychowanków, kupował piłkarzy chaotycznie i skandalicznie drogo. Najgorzej zarządzany wielki klub na planecie.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej