Wygrany mecz oczywiście nas nie zbawi ani nie uleczy, ale pozwala odetchnąć. Polityczną deklaracją stało się już wszystko – film, którym wzruszasz się w kinie; kabaret, na którym chichoczesz; nawet woda mineralna, którą pijesz, gdy producent sponsoruje propagowanie poglądów wywołujących twój gniew lub aplauz.

Dlatego orzeźwiająco działa mundial. Wyrwany z kontekstu miesiąc czystej frajdy, wielobarwny zlot kilkudziesięciu nacji ze wszystkich kontynentów, kibicowanie abstrakcyjnemu celowi wkopania piłki do bramki przeciwnika. Nie przeżyliśmy tego od 12 lat, a dzisiaj możemy czuć się trochę jak krętacze, jak ledwie posługujący się konsolą gracz komputerowy, który oszukuje dzięki kodom zapewniającym mu nieśmiertelność...

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.