Sukces „Lady Bird”, reżyserskiego debiutu Grety Gerwig, chyba trochę otumanił krytyków. Dwa Złote Globy, trzy nominacje do BAFT-y, pięć nominacji do Oscarów. Wszystko za skromny film o nastolatce z Sacramento. Dlaczego?

W poszukiwaniu odpowiedzi na to pytanie zawędrowano nawet w rejony: „bo Trump”. W filmie co prawda nie ma o Donaldzie Trumpie ani słowa, ale właśnie o to miało chodzić: w dzisiejszych czasach półtorej godziny bez Trumpa to niemal jak medytacja na temat przeszłości, nostalgicznego mechanizmu pamięci i tego, że przyszłość zawsze może być gorsza.

Być może. Ale w przypadku tego kameralnego filmu zamiast na wątkach politycznych lepiej skupić się po prostu na dorastaniu.

Zapraszamy do specjalnego serwisu oscarowego - OSCARY 2018

Kiedy zaczyna się oglądać „Lady Bird”, można odnieść wrażenie, że widzieliśmy ten film już wielokrotnie. Amerykańskie komedie o dorastaniu dorobiły się rozpoznawalnych kodów wizualnych i fabularnych. W ciemno można zakładać, że przewinie się tu pokój nastolatki wyklejony plakatami, poszukiwanie sukni na bal maturalny (z możliwą metamorfozą brzydkiego kaczątka w łabędzia), perypetie z bogatszą (lub biedniejszą) koleżanką, wzdychanie do chłopaka, który jest tak cool, że to aż boli.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej