KRZYSZTOF KWIATKOWSKI: Po co robić fabułę o kulisach powstawania filmu „The Room” uznanego za jeden z najgorszych w historii kinematografii?

JAMES FRANCO: Kocham opowieści o Hollywood! W nich jak w pigułce skondensowane są nasze namiętności i pragnienia, ambicje i aspiracje, które rozbijają się o mur obojętności. I nasza potrzeba wyrażania uczuć. A do tego wszystkiego jest w nich trochę blichtru.

Jednak w „The Disaster Artist” opowiada pan nie o planie „Czasu apokalipsy”, ale o koszmarnym gniocie.

– Chwila moment! „The Room” Tommy’ego Wiseau to nie jest jakaś pierwsza lepsza nieudana produkcja. Od premiery minęło prawie 15 lat. W tym czasie powstało multum złych filmów, których za żadne skarby świata nie chciałoby się obejrzeć po raz drugi. A zresztą, weźmy też te niby dobre filmy – pamięta pan, kto wtedy dostawał Oscary? Ktokolwiek jeszcze je gra w kinach? No właśnie. Zalegają na serwerach i w sklepach z DVD. A „The Room” nadal jest grany. Nie ma tygodnia, żeby nie prezentowano go gdzieś w świecie jako „film kultowy”. Tommy Wiseau wciąż bierze udział w spotkaniach z fanami, a ostatnio stworzył własną linię bielizny. Czy „The Disaster Artist” to więc historia porażki? Nie, to przewrotna historia sukcesu.

Pozostało 85% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej