James Franco przeniósł na ekran prawdziwą historię - powstania kultowego „najgorszego filmu świata” „The Room”. Wcielił się w jego reżysera, najprawdopodobniej polskiego pochodzenia, Tommy’ego Wiseau. Hochsztaplera, bufona, ekscentryka, który za 6 mln dol. (niewiadomego pochodzenia) zrealizował własny scenariusz. Koszmarny.

Ale jest w wizji Franco czułość dla grafomana wiernego swojej pasji. To pokrętny, zabawny pean na cześć przyjaźni, która może nie zmieni dyletanta w artystę, ale przynajmniej uczyni życie lepszym. Wreszcie - refleksja nad tym, że nawet za najstraszniejszą produkcją stoją czyjeś emocje.

CZYTAJ TAKŻE: James Franco i jego najlepsze filmowe role [PRZEGLĄD]

Być jak The Disaster Artist

– Kocham opowieści o Hollywood. W nich wszystko jest skondensowane jak w pigułce: nasze namiętności, pragnienia, ambicje. A do tego wszystkiego mają trochę blichtru – mówił James Franco podczas festiwalu w San Sebastian, na którym jego "The Disaster Artist" zdobył Złotą Muszlę.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej