Mówi się o tym, że Quentin Tarantino to postmodernizm wcielony, że cały składa się z cytatów, że jego filmy to patchworkowy hołd dla kina, uszyty zarówno ze skrawków powszechnie znanych arcydzieł, jak i strzępów zapomnianych pereł klasy B. Gruntownie analizowane są poszczególne kadry, błyskotliwe dialogi, kostiumy i scenografia, a znacznie mniej uwagi poświęca się warstwie muzycznej. Zbyt mało jak na reżysera, który najlepiej we współczesnym kinie rozumie muzykę i za jej pomocą podsuwa nam dodatkowe wątki swoich opowieści.

Pozostało 93% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej