Beznadziejna sprawa. Materiał, który smażył się od kilkunastu lat na wolnym ogniu oczekiwań fanów i mediów, regularnie doprawiany kpinami tych, co nie kupują Toolowego zadęcia, może nikomu nie posmakować. Dobrze znają to Guns N’Roses, których „Chinese Democracy” nie jest złą płytą, ale nie jest też albumem wystarczająco dobrym, by uzasadniać grzebanie przy nim dłużej niż pół roku (a powstawał przez dekadę).

Nie chodzi oczywiście o to, że jeden czy drugi zespół długo milczał, bo wszystkim się zdarza, ale o to, że przez cały ten czas uparcie powtarzano ciekawskim, że prace trwają, że album tuż za rogiem, że ostatnie szlify.

Pozostało 85% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej