Można ją porównywać do Diamandy Galás – jest równie afektowana, z lubością łączy wokalne skrajności, od operowego śpiewu po dziki wrzask. Albo do Jarboe – z jej totalną kobiecością w męskim świecie muzyki ekstremalnej. Do Anny von Hausswolff – przez tę gotycką posępność i modlitewną żarliwość. Ale można i do Siksy – choćby ze względu na angażujące publiczność koncerty, które zwie egzorcyzmami, tak się w nich zatraca. I wreszcie… do Czarnej Mamby z „Kill Billa”, filmu Quentina Tarantino.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej