Parę dni temu byłem na koncercie Lecha Janerki, którego twórczość – zarówno z Klausem Mitffochem, jak i solo – uwielbiam, od kiedy znudził mi się Shakin’ Stevens. Śpiewałem więc teksty wszystkich piosenek, nawet tych, których nie słuchałem od dobrych paru lat, bo kaseta gdzieś zaginęła, a na płycie nie mam (swoją drogą, to gruby skandal, żeby twórczość takiego artysty nie była ogólnodostępna). I tylko raz czy dwa rozjechałem się z Lechem. Na przykład w „Paragwaju”.

Pozostało 90% tekstu
Wyczerpałeś już limit bezpłatnych artykułów w tym miesiącu

Bądź na bieżąco - kup cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych
i wszystkich magazynów Wyborczej