W latach 80. i na początku 90. wakacyjna pielgrzymka do Jarocina była marzeniem, a może i sensem życia niejednego małolata. Była deklaracją niezależności: od rodziców, szkoły, polityki, Kościoła, od całego tego dorosłego świata, który zawiódł. Była deklaracją przynależności: do grupy nieformalnej, przez ogół społeczeństwa uznawanej za w najlepszym razie dziwaczną, zwykle – niebezpieczną. I super, i o to w subkulturach chodziło. Żeby pukali się w czoło, żeby się bali.

Pozostało 86% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej