Pamiętam czasy, kiedy o punkach mówiło się, że są przedstawicielami subkultury młodzieżowej. O metalowcach, rastamanach, depeszach i skinach zresztą też. Pamiętam, jak kolega opowiadał, że na koncercie za granicą widział parę metalowców po czterdziestce − wszyscy byliśmy przekonani, że kłamał.

Dzięki uprzejmości zespołu Paprika Korps miniony weekend spędziłem w Finlandii. Opolska grupa grająca specyficzną, bo potężnie brzmiącą odmianę reggae w ojczyźnie jest znana nielicznym wtajemniczonym, za to w kraju Muminków to zespół popularny i kochany. Jeżdżą tam regularnie od wielu lat i bardzo to sobie chwalą. Tym razem mieli zagrać na dwóch minifestiwalach, które na 50. urodziny urządził sobie szef agencji koncertowej. Zaprosił swoich ulubionych wykonawców i przyjaciół zarazem. Kto nie chciałby zrobić sobie takiego prezentu, gdyby mógł?

Martwy punk

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej