Kłaniam się Madonnie z szacunkiem już choćby za to, że nagrała nową płytę. Artyści z takim stażem i dorobkiem niechętnie i nieczęsto to robią, bo mają najwięcej do stracenia. Całymi latami smażą się w piekle oczekiwań, których nie sposób zaspokoić. Lepiej po raz setny przepakować stare hity w nowe okładki, łatwiej raz i drugi objechać świat z albumami, które ludzie lubią najbardziej, niż pocić się nad nowym materiałem.

Kiedy ma się miliony fanów na całym świecie i najpewniej jest to demograficzna wieża Babel, sprawa jest jasna – co zadowoli jednych, rozczaruje drugich. Ci będą chcieli potańczyć, tamci pokiwać głową w zadumie. Jedni oczekują kontynuacji, inni rewolucji. Miejmy więc to od razu za sobą: nowa płyta Madonny nie spełnia oczekiwań. Nie jest doniosłym wydarzeniem artystycznym, nie będzie popowym monumentem trwalszym niż ze spiżu na miarę „Like a Prayer” czy „Ray of Light”. Pewnie szybko o niej zapomnimy – ale mimo to nie warto jej dziś ignorować.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej