Amerykanie nazywają pożar archiwów firmy Universal największą katastrofą w historii muzycznego biznesu. Zdarzenie miało miejsce ponad dekadę temu, ale dopiero teraz wyszło na jaw, że z dymem poszło ponad pół miliona oryginalnych wersji nagrań gigantów, m.in. Chucka Berry’ego, Johna Coltrane’a, Stinga, Guns N’Roses, Nirvany i Eminema. Wiemy, że były to takie skarby, jak taśma-matka „Nevermind” Nirvany i ponoć wszystko, co zarejestrował Buddy Holly.

Teraz Universal zbiera zasłużone baty za to, że zamiótł sprawę pod dywan, okłamując media i opinię publiczną w kwestii rzeczywistych rozmiarów strat. Firma zaklinała się, że zniszczeniu uległo trochę dekoracji filmowych, archiwum programów telewizyjnych oraz kopie nagrań. Oryginały miały być dobrze chronione, a troska fanów muzyki przedwczesna. Kłamstwo wyszło jednak na jaw i wywołało dyskusję, której przedmiotem jest nie tylko to, jak powinno się dbać o tego rodzaju archiwa, ale przede wszystkim, do kogo one należą.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej