John Porter i Wojtek Mazolewski to przedstawiciele odmiennych światów. Chodzi o różnicę nie tylko pokoleniową, ale też środowiskową. Mają za sobą również inne historie wyborów estetycznych.

John to wychowany na Beatlesach były hipis, przed którym blues nie ma tajemnic, zdarzało mu się też świadomie flirtować z estetyką nowofalową i postpunkową. Dla Wojtka właśnie punk był kanonem, portem, z którego wypłynął na ocean muzyki i któremu zaprzeczył, wybierając jazz (choć nie przestał nigdy z rockiem flirtować – jeśli nie dźwiękiem, to wizerunkiem). Me And That Man oraz przy okazji albumu „Chaos pełen idei” Mazolewskiego, którego szyld wiele mówił o eklektycznej zawartości – nie pozwalały domyślić się, jak zabrzmią na wspólnej płycie.

Pozostało 84% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej