John Porter i Wojtek Mazolewski to przedstawiciele odmiennych światów. Chodzi o różnicę nie tylko pokoleniową, ale też środowiskową. Mają za sobą również inne historie wyborów estetycznych.

John to wychowany na Beatlesach były hipis, przed którym blues nie ma tajemnic, zdarzało mu się też świadomie flirtować z estetyką nowofalową i postpunkową. Dla Wojtka właśnie punk był kanonem, portem, z którego wypłynął na ocean muzyki i któremu zaprzeczył, wybierając jazz (choć nie przestał nigdy z rockiem flirtować – jeśli nie dźwiękiem, to wizerunkiem). Ich dotychczasowe spotkania – w dowodzonym przez Nergala noir-bluesowym Me And That Man oraz przy okazji albumu „Chaos pełen idei” Mazolewskiego, którego szyld wiele mówił o eklektycznej zawartości – nie pozwalały domyślić się, jak zabrzmią na wspólnej płycie.

− Nie wiedzieliśmy, czego szukamy. To wszystko było spontanicznie, nie umawialiśmy się na nic. Zaczęliśmy razem grać, inspirować się i poczuliśmy, że nam nieźle idzie, więc spotykaliśmy się coraz częściej. Pijesz parę piw, śpiewasz, grasz i jest super. Takie dojrzałe ogniskowanie – śmieje się John Porter. Przyznaje jednocześnie, że pomysłów znów mieli pod dostatkiem, choć nie wszystkie dopuścili do głosu. − Moglibyśmy od razu nagrać dwie kolejne płyty.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej