Tytuł – po prostu „Rammstein” – obiecuje, że mamy do czynienia z esencją stylu niemieckiego zespołu. Wypadałoby, bo kazali fanom czekać na nowy album studyjny całe dziesięć lat. Wiele się przez ten czas zmieniło – na świecie, w muzyce… – ale dla nich czas najwyraźniej się zatrzymał. To dla wielbicieli grupy najlepsza wiadomość, dla nieprzekonanych informacja, że i tym razem pewnie się nie uda. Ale obiektywnie: należy się medal za konsekwencję.

Panowie mają za sobą ćwierć wieku w jednym składzie, poświęcone wyłącznie destylowaniu charakterystycznego brzmienia i wizerunku. Bez zawracania, kiedy droga wiedzie pod górkę, bez skoków w bok. Nawet do współpracy przy produkcji zaprosili po prostu dobrego znajomego, niejakiego Olsena Involtini, nieszczególnie znanego w branży, choć przecież mogli zaangażować największe nazwiska. Ale oni nie muszą, oni wiedzą najlepiej, czym są. Rammstein to dziś marka silna i solidna niczym chemia z Niemiec, tuzy nadreńskiej motoryzacji czy drużyny z czołówki Bundesligi. A jak radzi sobie w Lidze Mistrzów?

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej