Punkt szósty paragrafu drugiego Eurowizji brzmi „Impreza apolityczna” i zobowiązuje wszystkich nadawców biorących udział w konkursie do podjęcia kroków niezbędnych do uniknięcia „upolitycznienia i/lub instrumentalizacji” wydarzenia. Pod groźbą dyskwalifikacji zakazuje się tekstów, mów i gestów politycznej natury. Ale regulamin sobie, a życie sobie. Eurowizja zawsze podszyta była polityką, choć teraz, w burzliwych czasach, widać to wyraźniej niż kiedykolwiek wcześniej.

Cele Eurowizji były polityczne

Trzeba zacząć od tego, że cele Eurowizji były polityczne. Kiedy Europejska Unia Nadawców (EBU) powołała konkurs do życia w 1956 roku, nie chodziło przecież o to, by zapewnić międzynarodową promocję muzyce popularnej, ale o to, by Europejczycy mogli się lepiej poznać i zbliżyć do siebie, i w czasie próby mniej ochoczo brać się za łby. Koncepcja słuszna i sprawdziła się w praktyce, ale choć mamy do czynienia ze świętem piosenki lekkiej, łatwej i przyjemnej, nie da się go celebrować bez politycznych kontekstów. Zarówno tych aktualnych, jak i historycznych, bo wzajemne trójstronne relacje Grecji, Cypru i Turcji kładą się od dekad cieniem na ich uczestnictwie w Eurowizji. Na przykład w 1975 roku Grecja zbojkotowała konkurs, do którego zaproszono Turcję, w ramach protestu przeciw inwazji na Cypr, a w 1976 roku piosenką „Panagia mou, panagia mou” wprost przeciw niej protestowała. Turcy obrazili się, że EBU dopuściła do konkursu utwór jawnie polityczny, i przez dwa lata nie startowali. Co ciekawe, w tym roku zarówno Grecja, jak i Cypr myślały o tej samej piosenkarce. Stanęło na tym, że Tamta, urodzona w Gruzji Greczynka, będzie w Izraelu reprezentować Cypr.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej