„Billy Budd” (1951) jest pod wieloma względami wyjątkową operą. To trudne wyzwanie dla słuchaczy przyzwyczajonych do melodyjnej opery włoskiej – bohaterowie często posługują się melorecytacją w języku angielskim, orkiestra żegluje od jednego motywu przewodniego do drugiego, a ich lapidarność nie daje nadziei na to, że pojawi się jakaś łatwo wpadająca w ucho melodia, którą będzie można nucić później podczas nakładania makijażu przed lustrem.

Muzyka u Brittena współtworzy następstwo zdarzeń, buduje napięcie, zarazem napędza akcję i ją ilustruje. W tym sensie Brittena można uważać za odległego następcę idei dramatu muzycznego sformułowanej pod koniec XIX w. przez Richarda Wagnera.

„Billy Budd” jest nietypową operą także dlatego, że Benjamin Britten użył w niej wyłącznie męskich głosów i jednorodnie męskiej obsady. Nie ma tu postaci kobiecej. Akcja opery inspirowanej opowiadaniem Hermana Melville’a, autora „Moby Dicka”, rozgrywa się na statku wojennym w czasach rewolucji francuskiej, gdy flota króla Anglii starała się zdusić rebelię ludu i nie dopuścić do rozprzestrzenienia się niebezpiecznych dla Korony praw człowieka.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej