Premierze filmu „Brud” (w oryginale „Dirt”) w serwisie Netflix nie towarzyszyła wielka kampania promocyjna, nie ekscytują się nim media. Trudno się dziwić, bo to tania produkcja o zespole, którego już nie ma i o którym pamiętają tylko najwierniejsi fani. Może gdyby nakręcono go zgodnie z planem, ponad dekadę temu, miałby większe powodzenie – ale już sam fakt, że różni producenci przerzucali sobie ten temat jak gorącego kartofla, świadczy o tym, że nie należał do realizacyjnych priorytetów Hollywoodu.

„Brud” jest filmem klasy B o zespole klasy B – a jednak znacznie bardziej prawdziwym portretem rockowego szaleństwa od blockbustera „Bohemian Rhapsody”, który nie tylko na nowo rozpalił queenmanię, ale nawet zgarnął Złote Globy i Oscary. „Brudowi” nie grozi ani porównywalna popularność, nie będzie też branżowych honorów, ale warto mu poświęcić niespełna dwie godziny, jeśli kogoś interesuje, skąd się biorą, jak trafiają na szczyt i czemu z niego spadają gwiazdy rocka.

Pozostało 80% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej