Główną formą aktywności Scotta Walkera było milczenie. Zwykle nikt nie wiedział, co robi, gdzie przebywa, jakie ma plany. Co parę lat wynurzał się na powierzchnię z nową muzyką, opowiadał o niej w kilku wywiadach i znowu znikał. Dzięki temu mieliśmy czas, by przywyknąć do tego, co tym razem zaproponował, by się tym wzruszyć, zrozumieć, polubić.

Szeroka publiczność Scotta Walkera nie ceniła, bo go nie znała. W radiu tych hiobowych lamentów puścić się przecież nie dało, koncertów nie grał od wieków, obecność w mediach ograniczał do wspomnianego wyżej minimum.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej