Główną formą aktywności Scotta Walkera było milczenie. Zwykle nikt nie wiedział, co robi, gdzie przebywa, jakie ma plany. Co parę lat wynurzał się na powierzchnię z nową muzyką, opowiadał o niej w kilku wywiadach i znowu znikał. Dzięki temu mieliśmy czas, by przywyknąć do tego, co tym razem zaproponował, by się tym wzruszyć, zrozumieć, polubić.

Szeroka publiczność Scotta Walkera nie ceniła, bo go nie znała. W radiu tych hiobowych lamentów puścić się przecież nie dało, koncertów nie grał od wieków, obecność w mediach ograniczał do wspomnianego wyżej minimum. Za to wielbili go krytycy. Kochali inni muzycy, z Davidem Bowiem na czele (tu podziw był zresztą obustronny). Bowie nie tylko pod koniec życia próbował śpiewać jak Walker, ale też sfinansował film dokumentalny o swoim idolu, czyli „30 Century Man”. Walkerowi kłaniają się w nim jego artystyczne dzieci – m.in. Radiohead, Jarvis Cocker, Damon Albarn i Alison Goldfrapp – za to muzycy orkiestry, którą zaangażował, skarżą się ze łzami w oczach, że wymaga od nich grania, które sprawia im fizyczny ból. To ten film, w którym widzimy, jak rytm wybijany jest pięściami na porcji surowego mięsa – ale to przecież utwór o śmierci Clary Petacci, kochanki Mussoliniego. Tego nie gra się pałeczkami na bębenku.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej