Nie interesuje was muzyka elektroniczna, a już tym bardziej książki autorstwa twórców elektroniki? W ogóle mało interesują was muzyczne autobiografie? Nic dziwnego. Stworzone przez muzyków książki bywają kiepsko napisane i przetłumaczone gorzej, niż zrobiłby to tłumacz Google’a.

Ale „Porcelain”, opowieść Moby’ego o jego drodze na szczyt, jest rzeczą grzechu wartą. Dlaczego?

Richard Melville Hall nie bez kozery przezwisko zaczerpnął z „Moby Dicka” Hermana Melville’a. „Być jego potomkiem i nawet nie spróbować napisać własnej książki było czymś w rodzaju dziedzicznej obrazy” – wyjaśnia Moby. Coś z talentu Hermana musiało skapnąć na Richarda, lubującego się w błyskotliwych porównaniach („piłem piwo i wódkę (...); uwielbiałem je, bo czyniły mnie pijanym. Wino zawsze smakowało mi jak syrop, było niepotrzebnie gęste, było pasem wolnego ruchu na drodze do upojenia alkoholowego”), plastycznych opisach pogody, jak i w natchnionych rozważaniach o Bogu i muzyce Gershwina.

Pozostało 85% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej