Steez - świetny didżej, uznany producent muzyczny, trzymający rękę na pulsie wydawca i sprawny biznesmen. Przy okazji premiery „Widma”, nowego albumu, opowiedział nam o czasie dzielonym pomiędzy Polskę a Stany Zjednoczone, karierze, która go zaskoczyła, niespodziewanym Fryderyku oraz upadku zachodniej cywilizacji.

Rozmowa ze Steezem z duetu PRO8L3M

Co robisz w Ameryce?

– Mieszkam. Do Polski przylatuję w sprawach zawodowych, by dopilnować większych projektów oraz grać trasy koncertowe. Wynajmujemy z dziewczyną mieszkanie w Los Angeles. Ona zajmuje się reżyserią i postprodukcją wideo, ja pracuję w studiu nagraniowym. Poświęcam się w zdecydowanej większości muzyce.

Jak wygląda twój amerykański sen?

– Najbardziej interesuje mnie rynek muzyczny. Praca z tamtejszymi artystami to tak naprawdę praca na rynku globalnym. To mnie mega kręci.

Mieszkamy w West Hollywood. Jest tu kilka ulic ściągających środowiska artystyczne, bardzo fajna okolica. Kiedy wstaję, w Polsce powoli kończy się dzień pracy. Najpierw dwie godziny odpisuję na maile, dzwonię do współpracowników, a potem, gdy w Polsce robi się wieczór, jadę do studia. Siedzę tam dziesięć godzin i nikt mi dupy nie zawraca.

Pozostało 87% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej