Nie wiadomo, kiedy Hollis zmarł. Informacja rozeszła się 24 lutego. Były menedżer muzyka potwierdził ją dwa dni później, dodając, że artysta krótko przed śmiercią chorował. Posypały się nekrologi, hołdy ze strony innych artystów – wierzę, że szczere: wpływu późnej twórczości Talk Talk i solowych nagrań Hollisa nie da się zmierzyć, ale nie można ich ignorować – i komentarze pogrążonych w smutku fanów. Dużo komentarzy. Jeden z moich znajomych, na co dzień siedzący po uszy w muzyce, wyraził nawet zdumienie na Facebooku, że ma wśród znajomych aż tak wielu fanów Talk Talk. Po reakcjach na tę wypowiedź łatwo wnioskować, że ma ich znacznie więcej, niż się spodziewał.

Prawdę mówiąc, też byłem zaskoczony. Nie chodzi nawet o to, że późna muzyka Marka Hollisa była tak ambitna i trudna w odbiorze, że masowy zasięg nie był jej dany. Trudno mówić o komercyjnym powodzeniu „Laughing Stock”, ostatniej płyty Talk Talk, czy o solowym albumie artysty, ale to jednak piękne, przystępne utwory, które nie wymagają od słuchacza samozaparcia, co najwyżej odrobiny wrażliwości i cierpliwości. Byłem natomiast zdumiony tak żywą pamięcią i tak powszechnym uwielbieniem dla człowieka, który wybrał nieobecność.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej