Jarek Szubrycht: Jak to możliwe, że nastolatek dorastający na Zachodzie w złotej epoce rock'n'rolla sięga po lutnię zamiast gitary?

Jozef van Wissem: Miałem 11 lat, kiedy rodzice zapisali mnie na lekcje gitary klasycznej. Zbuntowałem się pięć lat później – zacząłem grać w zespołach rockowych i punkowych. Ale po jakimś czasie i to mi zbrzydło. Wtedy przypomniałem sobie, że nauczyciel gitary sprezentował mi kiedyś książkę „Muzyka czasów Shakespeare'a” z utworami oryginalnie napisanymi na lutnię. Spróbowałem. Dosyć późno, byłem już dorosły.

Zaskakujący zwrot akcji.

– Wiązało się to ze zmianą stylu życia. Wcześniej byłem właścicielem baru w Groningen w Holandii i wiodłem dzikie, nocne życie. W końcu postanowiłem się wyciszyć i przeprowadzić do Nowego Jorku.

Niezłe miejsce na wyciszenie.

– Dostałem list z wytwórni płytowej, która była zainteresowana współpracą, więc spakowałem się i poleciałem do Ameryki. Natychmiast zakochałem się w tym mieście.

Pozostało 84% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej