Jarek Szubrycht: „Muzyka i słowa Stanisław Soyka” - trudno o tytuł płyty bardziej adekwatny do zawartości.

Stanisław Soyka: To prawda. Najpierw to padło jako żart. Ale że album jest wyjątkowo autorski, bo napisałem zarówno wszystkie kompozycje, jak i teksty, pomyśleliśmy, że można to podkreślić. Również dlatego, że przez ostatnie półtorej dekady zajmowałem się głównie komponowaniem muzyki do wierszy Miłosza, Szymborskiej, Staffa, Osieckiej...

Skąd potrzeba śpiewania cudzych wierszy?

- Poeta potrafi napisać coś bardzo ważnego, co sam chętnie bym światu powiedział, ale robi to o wiele lepiej. Kilka lat temu ludzie zaczęli się jednak pytać o moją płytę. Podkreślali, że chcą usłyszeć, co ja mam do powiedzenia. Mówiąc trochę nieskromnie, odpowiedziałem więc na zapotrzebowanie społeczne. Byłem trochę onieśmielony, bo długo nie pisałem. Nie znałem siebie samego w momencie, w którym zacząłem się przymierzać do nowych tekstów. Pilnowałem się więc, żeby nie zostać np. stetryczałym kaznodzieją. Chciałem pisać o sobie, ale robić to tak, by nie zakłopotać bliźnich nadmiernym ekshibicjonizmem.

Pozostało 87% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej