To był ważny wieczór dla rapu. I to nie tylko z tego powodu, że „This is America” rozbiło bank z nagrodami (po raz pierwszy w historii Grammy utwór rapowy został uznany za piosenkę roku), ale też dlatego, że po raz pierwszy statuetkę w kategorii najlepsza płyta roku przyznano kobiecie Cardi B za album „Invasion of Privacy”.

Jak zwykle przy okazji Grammy, a i każdej cieszącej się popularnością nagrody, rozgorzała dyskusja, na ile jest ona reprezentatywna dla sceny muzycznej, na ile jest wiernym odbiciem, a na ile subiektywnym, pełnym samozadowolenia  spojrzeniem branży na samą siebie. Pewnie - a nawet zdecydowanie - to drugie. Ale widać już było po samych nominacjach, że nagroda próbuje nadgonić otaczającą ją rzeczywistość. Po pierwsze, dominowały kobiety: laureatki, m.in. autorka najlepszej płyty roku piosenkarka country Kacey Musgraves, wykonawczynie, od niegrzecznej raperki Cardi B, po damę estrady Dianę Ross oraz prowadzącą Alicią Keys i jej gości specjalnych, w tym Dolly Parton i Michele Obamę. - Gdy chciałam opowiedzieć swoją historię, zawsze z pomocą przychodziła muzyka. Niezależnie od tego, czy lubimy country, rap czy rocka. Muzyka pomaga nam dzielić się sobą z innymi naszą godnością i troskami, nadziejami i radościami. Pozwala nam się nawzajem słuchać, zapraszać do naszych serc - mówiła ze sceny Obama. 

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej