Rozważania na temat płyt, których najtęskniej wyglądamy, trzeba zacząć od przyznania, że coraz mniejsze grono fanów czeka na coraz mniej tytułów. To nie figura retoryczna, ale brutalna prawda o fonografii, która przeżywa dziś największy kryzys w swojej historii. Nie oznacza to na szczęście złej kondycji sceny muzycznej jako takiej, ale przesunięcie akcentów na rynek koncertowy – na występy ulubionych wykonawców czekamy z większą niecierpliwością niż na premiery ich płyt i za jednorazowe, intensywne doświadczenie jesteśmy w stanie zapłacić znacznie więcej niż za nośnik z nagraniem studyjnym, do którego moglibyśmy wracać przez całe życie (a potem przekazać w spadku).

Pozostało 89% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej