Podsumowania budzą emocje. Listy najlepszych płyt, filmów, książek... – uzasadnione wątpliwości. Ale przecież na nich cała zabawa powinna się zaczynać, nie kończyć. Niezależnie od tego, jak w danym roku wyglądają takie zestawienia i kto je sporządza, można je kwestionować na wiele sposobów. I dobrze, i o to chodzi – kultura to na szczęście nie sport, nie da się wyniku zważyć i zmierzyć z dokładnością do setnej części sekundy, by raz na zawsze rozstrzygnąć, kto był lepszy, a kto gorszy.

Niby to wszystko wiem, ale i tak co roku sporządzam swoją listę z takim zaangażowaniem, jakby od tego zależały losy świata. Od połowy listopada, kiedy to sezon wydawniczy osiąga swój absurdalny szczyt kilkuset premier tygodniowo (w krajowej skali – kilkudziesięciu), zachodzę w głowę, czy na pewno zdążę się o wszystkim dowiedzieć, do wszystkiego dotrzeć, wszystko przesłuchać, a potem w sercu zważyć i wydać sprawiedliwy werdykt?

Pozostało 92% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej