Zacznijmy od tego, że „Biały album” to nie tytuł płyty, tylko określenie barwy okładki, które przyjęło się wśród słuchaczy. Po serii wymyślnych tytułów, z „Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band” na czele, Beatlesi wydali album opatrzony tylko nazwą zespołu. Nie byłoby w tym nic szczególnego – nie mają przecież tytułów choćby pierwsze albumy The Rolling Stones czy The Doors, ale „Biały album” przecież debiutem nie był.

Płyta powstawała w koszmarnej atmosferze. John Lennon, wciąż żonaty z Cynthią, wprowadził do studia Yoko Ono, przez pozostałych Beatlesów traktowaną jak ciało obce. Zdaniem Paula McCartneya nowy związek Lennona zakłócił szczególne relacje między nimi dwoma. Do tego George Harrison czuł się lekceważony jako kompozytor i gitarzysta, a Ringo Starr – jako perkusista. Lennon powiedział nawet, że na „Białym albumie” słychać rozpad The Beatles. Nic podobnego! Słychać maksymalne zaangażowanie i radość tworzenia.

Pozostało 94% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej