„Bedford School” to w dorobku krakowskiego artysty płyta szczególna, bo zaśpiewana w całości po angielsku i wypełniona (poza jednym wyjątkiem) importowanym repertuarem – piosenkami m.in. Beatlesów, Billy’ego Joela, Stinga, Donalda Fagena czy Queen.

Turnau wraca do angielskiej szkoły, w której jako nastolatek spędził rok i która ze zniechęconego do muzyki pianisty zrobiła wokalistę, który na estradzie czuje się jak ryba w wodzie. Choć zaczęło się od twardego lądowania…

Jarek Szubrycht: Jak trafiłeś do Bedford?

Grzegorz Turnau: Mój ojciec zajmował się dydaktyką matematyki, miał kolegów z całego świata, spotykali się na kongresach i konferencjach. Jednym z nich był profesor Bishop, który załatwił mu w Anglii pracę, by ojciec mógł trochę podreperować rodzinny budżet. Ojciec dostał posadę nauczyciela matematyki w szkole średniej w Bedford, co pozwoliło mu na luksus zabrania z sobą jednego z synów. Było nas trzech i padło na średniego. Chodziłem wtedy do szkoły muzycznej i miałem przed sobą perspektywę dyplomu na fortepianie, która mnie przerażała. Poczułem się więc, jakby dentysta odwołał moją wizytę! Na miejscu okazało się jednak, że to przeszczepienie było bolesne. W wieku 13 lat człowiek już jest jednak zakorzeniony, ma przyjaźnie, swoje miejsca, ulubione zapachy, a brakuje mu jeszcze stabilności psychicznej, która pozwala racjonalizować zmiany. Ciężko przeżyłem twarde lądowanie na angielskiej ziemi.

Pozostało 88% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej