Dla fanów szeroko pojmowanej gitarowej alternatywy nie było w pierwszej połowie lat 90. zespołu mniej wiarygodnego niż Skawalker. Grzegorz Skawiński, który jeszcze przed chwilą cienko śpiewał w Kombi, nagle wciągnął skórzane portki i zaczął sypać iskry z przesterowanej gitary. Trudno takiemu zaufać, a w tamtych czasach na polskiej scenie rządził etos jarociński, więc punkty za pochodzenie ważniejsze były od umiejętności.

Parę lat później gitarzysta dowiódł, że ta ostrożność nie była bezpodstawna. Kiedy jego kolejna grupa, O.N.A., zaczęła tracić popularność, on z dnia na dzień przestał być ponurym rockmanem i znowu zaczął grać przeboje. Ledwo kosmetycznie zmieniony szyld – Kombii – świadczył o tym, że to coś dla fanów jego macierzystego zespołu.

Zespół O.N.A. przyszedł więc na świat obciążony grzechem koniunkturalizmu, ale miał przy tym dwa niezaprzeczalne atuty. Pierwszy - to gra tego samego Skawińskiego. Bo o ile w jego motywacje można wątpić i wybory kwestionować, o tyle wirtuozerskiego opanowania gitary i zdolności do układania zgrabnych piosenek odmówić mu się nie da. Drugim atutem grupy, który zresztą szybko przyćmił lidera, była wokalistka.

Pozostało 83% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej