Znicze już się dopalają, można więc śmiało zabrać się do ubierania choinek, siodłania reniferów i wypiekania pierników. A już na pewno handlowcy są przekonani, że od poniedziałku wszystko, co zechcą nam sprzedać, powinno mieć świąteczne opakowanie. Nie bez racji w tym czasie rzeczywiście wydajemy więcej pieniędzy na więcej niepotrzebnych rzeczy. Ale czy to szaleństwo nie mogłoby mieć nieco lepszego soundtracku?

Doskonała Piosenka Świąteczna, czyli jaka?

Nic mi do tego, co się śpiewa – albo czego słucha – w Wigilię i święta Bożego Narodzenia w trakcie uroczystości religijnych czy w domach. Chodzi mi o nagłą nadreprezentację świątecznych melodii w przestrzeni publicznej. O śnieżycę kolęd, pastorałek i euforycznych piosenek z Ameryki, od których nie sposób się uwolnić. Od pierwszych dni listopada atakują w sklepach, taksówkach i lokalach gastronomicznych. Na ulicach, placach, w obiektach sportowych. Pech chciał, że uszy nie mają powiek, nie da się ich zamknąć. Trzeba więc słuchać przez kilka miesięcy o tym, że noc jest cicha, Święty Mikołaj przybywa do miasta, dzwonią dzwonki sań, a mały dobosz cierpliwie wygrywa swój rytm: rapa, pam, pam.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej