Kilka dni temu na bydgoskim festiwalu Fonomo (świetnie łączącym film, muzykę i sztukę współczesną - polecam!) obejrzałem „Gurrumula” Paula Damiena Williamsa. To obraz biograficzny, opowieść o najsłynniejszym jak dotąd wokaliście aborygeńskim.

Geoffrey Gurrumul Yunupingu urodził się niewidomy, ale za to szczególnie wyczulony na dźwięki. Cały jego lud żyje muzyką, więc Gurrumul również grał i śpiewał. Zarówno tradycyjne, obrzędowe pieśni Yolngu (to aborygeńskie plemię zamieszkujące północne rubieże kontynentu), jak i muzykę białych. Występował nawet w zespole cieszącym się lokalną sławą, ale pozostawał w cieniu kipiącego energią frontmana.

Gurrumula dostrzegł producent Michael Hohnen – i tu zaczyna się pokazana w filmie historia. Od 2008 r. aż do swojej śmierci dziewięć lat później Gurrumul nagrywał płyty, koncertował w Australii i Europie, prawie podbił Amerykę. Towarzyszył mu w tym na dobre i na złe Hohnen, bo wytworzyła się między nimi szczególna więź, dzięki której przezwyciężali nie tylko ograniczenia Gurrumula, wynikające z jego niepełnosprawności, ale też ogromne różnice kulturowe. Muzyk zmarł w wieku 46 lat, ale jego pieśni udało się ocalić dla potomnych, a więc oddać kulturze aborygeńskiej należny jej szacunek.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej