Jarek Szubrycht: Śledzisz doniesienia z frontu? Wiesz, czym dzisiaj podpadłaś?  

Katarzyna Nosowska: − Mam znajomych, którzy bardzo przeżywają wszelkie internetowe gównoburze i czasem coś mi podsyłają. Sama staram się nie zwracać na to uwagi, nie kontempluję tego. Trzeba żyć.

Każdy twój ruch wywołuje emocje. Zamieszczasz zabawne filmiki w portalu społecznościowym – źle. Usuwasz je – niedobrze. Pokpiwasz z Chodakowskiej – jak możesz? Chcesz z nią ćwiczyć – jeszcze gorzej… Mam wrażenie, że filmami z Instagrama i książką „A ja żem jej powiedziała…” zwróciłaś na siebie uwagę ludzi, którzy wcześniej niespecjalnie interesowali się twoją twórczością, za to teraz chcą mieć ciebie na własność.

− To się znakomicie zgrywa z czasem, który przeżywam jako człowiek. Postanowiłam się oczyścić i zawiesiłam sobie w tym poprzeczkę bardzo wysoko. Zwróciłam się ku sobie. Gdzieś przeczytałam, że człowiek w okolicach pięćdziesiątki powinien przestawić akcent na siebie z tego, co na zewnątrz. To ma go przygotować do godnego odejścia. Uznałam, że to prawda, że to jest mój czas.

Postanowiłam przewartościować wszystko, czym żyłam do tej pory. Chcę się dowiedzieć, kim naprawdę jestem. Może to brzmi banalnie, ale to najważniejsze i najtrudniejsze pytanie, jakie można sobie postawić. Zadaję sobie też pytanie, które nawyki i prawdy rządzące od zawsze moim życiem są naprawdę moje i wartościowe, a które zostały mi odgórnie narzucone.

Tu pojawiają się reakcje ludzi na to, co robię – czuję, że są specjalnie skonstruowane na potrzeby tej przemiany we mnie. To są testy. Dzięki nim sprawdzam, na ile rzeczywiście wzmocniłam przez ostatni rok swój kręgosłup. Sprawdzam, czy potrafię w praktyce stosować te wszystkie prawdy, które uznałam za ważne.

Co to za prawdy?

Pozostało 86% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej