Jarek Szubrycht: Śledzisz doniesienia z frontu? Wiesz, czym dzisiaj podpadłaś?  

Katarzyna Nosowska: − Mam znajomych, którzy bardzo przeżywają wszelkie internetowe gównoburze i czasem coś mi podsyłają. Sama staram się nie zwracać na to uwagi, nie kontempluję tego. Trzeba żyć.

Każdy twój ruch wywołuje emocje. Zamieszczasz zabawne filmiki w portalu społecznościowym – źle. Usuwasz je – niedobrze. Pokpiwasz z Chodakowskiej – jak możesz? Chcesz z nią ćwiczyć – jeszcze gorzej… Mam wrażenie, że filmami z Instagrama i książką „A ja żem jej powiedziała…” zwróciłaś na siebie uwagę ludzi, którzy wcześniej niespecjalnie interesowali się twoją twórczością, za to teraz chcą mieć ciebie na własność.

− To się znakomicie zgrywa z czasem, który przeżywam jako człowiek. Postanowiłam się oczyścić i zawiesiłam sobie w tym poprzeczkę bardzo wysoko. Zwróciłam się ku sobie. Gdzieś przeczytałam, że człowiek w okolicach pięćdziesiątki powinien przestawić akcent na siebie z tego, co na zewnątrz. To ma go przygotować do godnego odejścia. Uznałam, że to prawda, że to jest mój czas.

Pozostało 92% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej