Przymiotnik „kultowy” jest tak nadużywany w pisaniu o muzyce, że właściwie już nic nie znaczy. Według speców od marketingu, którzy próbują nam wielokrotnie sprzedać ten sam towar, „kultowy” jest niemal każdy album wydany dawniej niż przedwczoraj, każdy zapomniany (często słusznie) wykonawca. Ale warszawski kwartet Kobong, nagrywający i koncertujący w latach 1994-98, trudno określić innym mianem.

Istniał krótko, ale intensywnie, i równie intensywnie grał. Kiedy zespół się rozpadał, jego płyty sprzedawały się słabo, a na większości koncertów parkiet świecił pustkami.

Pozostało 93% tekstu
Wyczerpałeś już limit bezpłatnych artykułów w tym miesiącu

Bądź na bieżąco - kup cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych
i wszystkich magazynów Wyborczej