Polski rock żyje przeszłością. Herosi gitary z końca XX w. zajmują się dziś głównie snuciem wspomnień, uświetnianiem jubileuszy i wydawaniem reedycji, a więc – mówiąc krótko i otwarcie – wyciskaniem ostatnich soków z coraz mniej licznych zastępów wiernych fanów. To celebrowanie historii odbywa się przy wtórze kombatanckiego narzekania: że internet wszystko zepsuł, że młodzi już nie czują bluesa, bo w głowach im tylko techno i rap, że trudno konkurować z zalewem muzyki z Zachodu. Oni wciąż mają mnóstwo świetnych pomysłów, ale się nie da.

Członkom warszawskiej grupy Riverside, która powstała już w tym stuleciu, prawdopodobnie nikt nie powiedział, że się nie da, więc zrobili bezprecedensową karierę zarówno w Polsce, jak i za granicą. Właśnie wydają siódmy album "Wasteland”.

Barbarzyńcy w krainie łagodności

W dowodzie ma Piotr Kozieradzki, ale wtedy wszyscy mówili na niego Mittloff. Był długowłosym łobuzem z warszawskiej Pragi i jedną z najbarwniejszych postaci polskiego metalowego podziemia lat 90. Grał w kilku zespołach parających się najbardziej ekstremalnymi odmianami muzyki, w tym w deathmetalowym Hate. Obracał się wśród ortodoksów i sam za takiego uchodził, więc rzadko przyznawał się do swoich fascynacji Marillion i innymi przedstawicielami nowego rocka progresywnego, nie spodziewając się zrozumienia.

Pozostało 83% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej