Dorastałem w latach 80. w małym miasteczku na południowo-wschodnich rubieżach Polski. Nie brzmi to może jak wygrana na loterii, ale nie mieliśmy źle. Latem całymi dniami graliśmy w piłkę pod blokiem, pływaliśmy w rzece lub buszowaliśmy w pobliskich lasach, zimą zjeżdżaliśmy na sankach i nartach z okolicznych górek. Świat materialny prawie nas nie dotyczył.

Nasi rodzice byli mniej więcej tak samo niezamożni, a wszystko, co mieliśmy, kupowano nam w tych samych trzech sklepach – więc i ubrania mieliśmy podobne, i zabawki, i książki. Wyróżniali się tylko ci nieliczni, którzy mieli bliską rodzinę na Zachodzie, czego konsekwencją były na przykład resoraki Matchboksa lub klocki Lego na półce. Ale nawet jeśli ktoś posiadał tego rodzaju skarby, zbytnio się z nimi nie obnosił, słusznie przeczuwając, że zazdrość jedenastoletnich obdartusów to żywioł potężny i groźny.

Pozostało 83% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej