Tytuł poprzedniej płyty Dead Can Dance - „Anastasis” - oznaczał zmartwychwstanie, ale zbyt wiele życia w niej nie było. Uszy fanów raził też ograniczony do niezbędnego minimum wkład Lisy Gerrard. Być może duet wypalił się po tych kilkunastu latach przerwy? Wyczerpała się formuła? Na szczęście okazało się, że potrzebna była kropla dionizyjskiego szaleństwa, by muzyka Dead Can Dance znów zabrzmiała tak jak powinna: pięknie i oryginalnie.

Ta płyta jest jak jej okładka - egzotyczna, tajemnicza i barwna. Potrafi zaskoczyć, choćby takim „ACT I: Dance of the Bacchantes”, czyli być może najbardziej żwawym i tanecznym utworem w dorobku duetu. Z drugiej strony czemu tu się dziwić, przecież bachantki raczej nie tańczyły poloneza.

W warstwie instrumentalnej dominują perkusjonalia oraz różnego rodzaju flety i piszczałki, choć słychać też śpiew strun. Jak zwykle pachnie to dalekimi, nieznanymi krainami, ale bez wyraźnie określnego azymutu. To dźwięki płynące blisko natury, wzmocnione unikalnym pierwiastkiem szamańskim, rytualnym. Oczywiście nie wolno zapominać, że mamy do czynienia z Dead Can Dance, więc nawet muzyka poświęcona bogu szaleństwa jest po apollińsku czysta i dostojna.

Pozostało 90% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej