Nie dalej jak tydzień temu kwękałem, że reedycja debiutu Guns N’ Roses, wzbogacona o minialbum „Lies”, nie zawiera „One In a Million”. Jak tak można? Ja, fan z dalekiej Polski, wymagam – to ma być. Zespół kiedyś tę piosenkę nagrał oraz wydał, więc stracił moralne prawo do dysponowania nią według uznania. Jest moja.

Serwisy streamingowe, czyli niewolnictwo?

Oczywiście to ironia. Moje święte oburzenie było szczere, ale nie jestem pewien, czy mam do niego jakiekolwiek prawo. Kto ma decydować o tym, co dzieje się z utworem, kiedy i gdzie jest publikowany, jak jest wykorzystywany – jeśli nie autor?

„Kontrakty płytowe są – tak, użyję tego słowa – niewolnictwem. Każdemu młodemu artyście powiedziałbym to samo: niczego nie podpisujcie”

– to słowa Prince’a zanotowane w 2015 roku. Tak odpowiedział na pytanie, dlaczego jego płyt nie ma w serwisach streamingowych.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej